Publiczne Gimnazjum

im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego





Pakozd!

Dzień 1. - piątek, 25 września
Pobudka – godzina 5:00
Miejsce zbiórki – hala widowiskowo-sportowa w Węgierskiej Górce
Pojemność autokaru – 48 miejsc siedzących, ok. 10 m3 przeznaczone na bagaż
Objętość naszego bagażu – ok. 15 m3 + 30 kartonowych pudeł o wymiarach 40 cm : 40 cm, specjalny zestaw podróżny służący do transportu gitary basowej Pana Dyrektora, 4 walizki Róży Sygut i 50 kg konserw

Nic więc dziwnego, że na widok tego dobytku kierowcy zrzedła mina. Nie chcąc dłużej się jemu narażać i marznąć, wszyscy potulnie wsiedliśmy do autokaru. Jak się okazało w środku, podróż stanowiła bardzo ciekawą część wycieczki. Stało się to m in. za sprawą robienia zdjęć na każdej stacji benzynowej, śpiewania piosenek przy akompaniamencie gitary pani Uli, włoskich rozmówek prowadzonych przez Konrada Rabendę i wygłaszania swoich poglądów filozoficznych przez Dagmarę Talik, która była łaskawa przedstawiać je na tyle głośno, by wszyscy w autokarze dobrze ją słyszeli.

Po drodze zrobiliśmy również krótki postój w przydrożnym miasteczku, zwanym przez tubylców „%$#^!&&^#!”, co znaczy „Budapeszt”. Ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne było nam dane oglądać tylko niewielką część zabytków. W każdym razie wsiadając z powrotem do autokaru stwierdziliśmy, że warto było przez pół godziny moknąć w strugach deszczu, by z czterech stron obejrzeć piękną katedrę zbudowaną piaskowca, której nazwy wolimy nie przytaczać w obawie, że któryś nasz czytelnik może dostać oczopląsu lub połamać sobie język.

W końcu, po długim oczekiwaniu i godzinnym wykładzie pani Stasicy na temat niewybredności w stosunku miejscowego jadła, zatrzymaliśmy się przed restauracją, w której stołowaliśmy się przez resztę wyjazdu. Wycieńczeni z głodu entuzjastycznie wbiegliśmy na stołówkę. Na suto zastawionym stole znajdowały się frykasy i ambrozje typu: zupa z parówki (pragniemy przypomnieć, że był to piątek), kompot w postaci wody z dodatkiem takich mikroelementów, jak chlor oraz drugie danie, czyli ryż i schabowy w sosie pomidorowym. Zjedliśmy tak szybko, że aż nam się uszy trzęsły, co chwilę wychwalając tutejsze jedzenie i sposób jego przyprawiania. Niestety dokładki były niemożliwe, więc od razu po posiłku przeszliśmy do szkoły, która dzięki gościnności tamtejszego grona pedagogicznego była dla nas miejscem noclegu. W pośpiechu przebraliśmy się w stroje sceniczne i pełni energii, ale też całkowicie skupieni przybyliśmy do domu kultury.

Na początku uroczystości wysłuchaliśmy zapewne bardzo mądrego i pouczającego przemówienia burmistrza, które na nasze nieszczęście wygłosił w języku węgierskim. W tym czasie do naszych uszu dotarły więc bardzo ciekawe i dotychczas nieznane głoski. Obejrzeliśmy kilka występów prezentujących węgierską sztukę regionalną, aż w końcu nastąpiła nasza chwila.

Podekscytowani i dumni wkroczyliśmy na scenę. Rozległy się pierwsze takty muzyki. Publiczność już po chwili oniemiała z zachwytu z powodu naszego profesjonalizmu, precyzji ruchów, pięknych głosów, świetnych grajków, a przede wszystkim stop-klatek ćwiczonych przez aktorów podczas długich, ciągnących się do nocy prób. Gdy widowisko dobiegło końca, nagrodzono nas owacjami na stojąco i proszono sześciokrotnie o bis. My jednak byliśmy już nieziemsko zmęczeni, a co ważniejsze, zauważyliśmy panią Ulę i panią Stasicę niesione przez wiwatujący tłum w stronę wyjścia. Pojęliśmy w mig, o co chodziło – gościnność i występy to jedno, ale gdy przyjdzie pora, goście muszą bezzwłocznie opuścić lokal. Tak więc wszyscy zrobiliśmy, wiedzieni starym węgierskim zwyczajem. Oczywiście wyszliśmy tuż po koncercie scholi z Cisca, w stosunku do której musieliśmy zachowywać się niezwykle opiekuńczo i wyrozumiale podczas całego wyjazdu.

Po powrocie do szkoły pogratulowaliśmy sobie udanego wystąpienia i w ramach świętowania triumfu na obczyźnie postanowiliśmy, że tego wieczoru wszyscy pójdą spać godzinę wcześniej, niż było w planie. Nastąpiły gromkie brawa dla pomysłodawcy, czyli Tomka Kopcia, którego najwidoczniej bolała wtedy głowa (nic dziwnego, skoro słuchał tak głośnej muzyki, jak nasze śpiewanie). Po zmroku mogliśmy wrócić do domu kultury po instrumenty i cały sprzęt, który byliśmy zmuszeni zostawić uciekając stamtąd w popłochu. Następnie udaliśmy się na kolację. Zadowoleni, że ktoś wybłagał nam możliwość dokładek i najedzeni do syta udaliśmy się na odpoczynek, wieczorną toaletę i mecz siatkówki. Po rozgrywkach wszyscy byli oszołomieni swoimi zdolnościami sportowymi i zdziwieni, że jak dotąd nie wygrywamy szkolnych zawodów.

Gdy wszyscy już leżeli w śpiworach, a Dagmara Talik opatrywała rany nabyte podczas meczu, pani Stasica przyszła powiedzieć nam dobranoc (niestety w naszej sali nie usłyszałyśmy bajki, więc długo nie mogłyśmy zasnąć, ale nie chciałyśmy tym nikogo martwić, chyba że reszta sama się domyśliła słysząc nasze szlochy do północy).

Noc przebiegła spokojnie. Temperatura wahała się od 3 do 10 oC, częściowe zachmurzenie nieba i lekki, północny wiatr zdecydowanie sprzyjały odpoczynkowi.


Dzień 2. – sobota, 26 września
Pobudka - godzina 7:30
Trasa do przebycia w dniu dzisiejszym - szacując ok. 2000 km
Stan naszej energii - wystarczający na dwa razy dłuższą odległość

Poranek rozpoczął się zwyczajnie - kilka uszczypliwych uwag pani Stasicy na nowo obudziły w nas ducha walki. Gotowi stawić czoło kolejnym wyzwaniom wkroczyliśmy do jadalni. Stoły jak zwykle uginały się pod ciężarem wykwintnego jadła. Najedzeni do syta ubraliśmy się ciepło i wyruszyliśmy w pełną przygód drogę.

Pierwszą atrakcją było zwiedzanie miasta "Szekeszwerewar". Nasz przewodnik zabrał nas w kilka wartych zobaczenia (jego zdaniem) miejsc. Takim sposobem wstąpiliśmy do trzech galerii handlowych, przeszliśmy przez Stare Miasto, zobaczyliśmy kilka pomników i ważnych zabytków. Najdokładniej w pamięci zapisaliśmy kościół "Szent Istwan" (możliwe, że to przez wystawę starych samochodów znajdującą się przed nim). Mieliśmy też chwilę czasu wolnego; wtedy to właśnie pozbawiliśmy się większości naszego majątku, wydając tysiące forintów na lokalne mydełka zapachowe.

Szczęśliwi, choć nieco zmoknięci (niebiosa wciąż płakały nad naszą dolą) wsiedliśmy do autokaru z nadzieją na ciepły posiłek. Wielkie jednak było nasze zdziwienie, gdy nie zatrzymaliśmy się przed przytulnym gmachem naszej restauracji, lecz przed zamczyskiem, wokół którego roztaczał się gesty, ciemny bór. Tam też Pan Wójt opowiedział nam romantyczna historię związaną z powstaniem tego budynku. Przespacerowaliśmy się zamkowym dziedzińcem, wspięliśmy na wieżę by podziwiać widoki, minęliśmy ok. 15 par ślubnych robiących sobie zdjęcia, nieustannie wysłuchując komentarzy Konrada Rabendy wyrażających zachwyt nad otaczającym go pięknem.

W końcu wyruszyliśmy w dalszą drogę i zakotwiczyliśmy w naszym ulubionym miejscu na Węgrzech - ostoi pustych brzuchów. Tutaj pragniemy przytoczyć ciekawą sytuację, która wywiązała się podczas obiadu. Otóż na drugie danie serwowany był ryż, a kucharz nakładał go nam w ogromnych porcjach. My w obawie o udźwig autokaru postanowiliśmy poprosić o nieco mniejsze ilości. Wyglądało to następująco – ktoś powiedział: „No rise, please”, za to wesoły pan z obsługi wziął to za „More rise”, po czym powtarzając to pod nosem zaczął nakładać nam jeszcze więcej. Można więc powiedzieć, że aż do kolacji nie musieliśmy już nic jeść.

Następnym punktem programu była inscenizacja bitwy miejącej miejsce podczas Wiosny Ludów. Ciepło ubrani zapakowaliśmy się do autokaru i przybyliśmy na miejsce.

Była to dla nas wyjątkowa okazja, by móc przyjrzeć się dokładniej grze aktorskiej Węgrów oraz porównać ich inscenizacje bitewne do tych rozgrywających się pod fortem Wędrowiec. Wspólnie stwierdziliśmy, że nasi gospodarze mogliby kiedyś odwiedzić naszą gminę i stoczyć pokazową bitwę polsko-węgierską.

Po ciekawym widowisku udaliśmy się na wystawę czołgów, które można było obejrzeć również od środka oraz do pobliskiego muzeum z oryginalnymi strojami i bronią używaną podczas walk. Przewodnik, który nas po nim oprowadzał, mówił w języku angielskim, mieliśmy więc możliwość, by przetestować swoje dotychczas nabyte umiejętności (jak się okazało, przejawiły je tylko dwie osoby z grupy, które później były zmuszone tłumaczyć reszcie każde słowo pana przewodnika).

Gdy napatrzyliśmy się na bitewne oręża oraz atrybuty przywiezione z misji wojsk węgierskich, powróciliśmy na kolację. Później przybyliśmy do szkoły, a ta bardziej rozrywkowa część grupy udała się na lokalny wieczór taneczny, na który zostaliśmy zaproszeni poprzedniego dnia. Utwierdziliśmy się wtedy, że Węgrzy to bardzo gościnny i otwarty naród, skłonny do zawierania nowych znajomości. Nic więc dziwnego, że gdy nastał czas powrotu, z żalem opuszczaliśmy parkiet.

Tak zakończył się drugi dzień naszej wycieczki.


Dzień 3. – niedziela, 27 września
Pobudka – godzina 6:00
Do wyjazdu z Węgier pozostało - 9 godzin
Wycieczkowa miłość Weroniki Pajestki nadal się nie ujawniła...

Gdy nastał czas pobudki Pani Ula wparowała do naszego pokoju dziwiąc się, dlaczego jeszcze nie śpimy. Wszyscy wstali i w pośpiechu udaliśmy się na śniadanie (gościnność i wyrozumiałość naszych gospodarzy całkowicie wyczerpała się podczas wczorajszej dyskoteki i musieliśmy się szybko zbierać). Najedzeni do pełna ostatni raz z żalem omietliśmy spojrzeniami naszą ukochaną jadłodajnię i udaliśmy się do kościoła. Ostatnie pożegnania nastąpiły po mszy. Smutno było nam wyjeżdżać... przynajmniej do czasu, gdy dostaliśmy trzy kartony ciast i ciasteczek na drogę! W dużo lepszych nastrojach zapakowaliśmy się do autokaru. Ostatnim punktem naszego wyjazdu było zwiedzanie Esztergomu, zwanego również "Watykanem Wschodu". Piękna świątynia kojarzy nam się jednak przede wszystkim z milionami schodów, jakie musieliśmy pokonać, by dotrzeć na punkt widokowy , a potem z niego zejść.

W końcu przyszło nam zakończyć pobyt na Węgrzech. W drodze do domu zgodnie stwierdziliśmy, że warto było brać udział w miesięcznych, wykańczających próbach, w pośpiechu i stresie wyrabiać paszporty, nie przespać kilku nocy, by nauczyć się tekstów na pamięć oraz trwać w strachu przed atakami terrorystycznymi od czasu przejazdu przez granicę, aby zobaczyć wiele nowych rzeczy, nabyć ciekawe doświadczenia i przede wszystkim przeżyć świetną przygodę! Z trudem było nam się rozstawać z mieszkańcami Pakozd i ich pięknymi tradycjami, ale wierzymy, że wszyscy razem jeszcze kiedyś tam wrócimy :)

Autorzy: Olga i Julka